Mój mąż wyjechał w podróż służbową, zostawiając pod moją opieką całkowicie sparaliżowanego pasierba. W chwili, gdy jego samochód zniknął mi z oczu, mój pasierb zeskoczył z wózka inwalidzkiego i wyłączył przeciekający piecyk gazowy.
Spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem i wyszeptał: „Nie krzycz. Tata próbuje nas spalić żywcem”.
Cichy pomruk silnika czarnego sedana na podjeździe był jedynym, co przerywało poranną ciszę w naszej ekskluzywnej, cichej okolicy. Ethan – mój mąż – wyglądał idealnie w nieskazitelnej, idealnie wyprasowanej, jasnoniebieskiej koszuli. Zapach jego drogiej wody kolońskiej, mieszanka drzewa sandałowego i cytrusów, wciąż unosił się w powietrzu, tworząc iluzję bezpieczeństwa, która definiowała moje dni.
„Pamiętasz, co ci powiedziałem, Claro?” – powiedział cicho, zakładając mi za ucho niesforny kosmyk włosów. Jego dłoń była ciepła, a jego dotyk zawsze sprawiał, że czułam się jak najszczęśliwsza kobieta na świecie. „Ta podróż trwa tylko trzy dni. Nigdzie nie wyjeżdżaj. Wiesz, że stan Leo uniemożliwia wyprowadzenie go na zewnątrz i nie zaznam spokoju ducha, jeśli zostawisz go samego”.
Posłusznie skinęłam głową. „Oczywiście, kochanie. Zostanę tutaj z Leo. Uważaj na siebie w drodze”.
Ethan się uśmiechnął. To był ten sam uśmiech, który sprawił, że zakochałam się dwa lata temu – bogaty, przystojny, zamożny wdowiec, gotowy poślubić zwyczajną dziewczynę taką jak ja. Spojrzał w stronę patio, gdzie Leo siedział w milczeniu na swoim drogim wózku inwalidzkim.
Mój pasierb miał dziesięć lat, ale jego ciało wyglądało na kruche jak u siedmiolatka. Głowa Leo przechyliła się na lewo, a cienka strużka śliny spływała na mały ręcznik zatknięty za kołnierz. Jego wzrok był pusty, wpatrywał się w pustą przestrzeń bez wyrazu. Lekarz stwierdził, że uszkodzenie mózgu jest trwałe, będące następstwem wypadku samochodowego, w którym pięć lat temu zginęła jego biologiczna matka. Był całkowicie sparaliżowany, nie mógł mówić i reagował jedynie przypadkowymi mrugnięciami.
„Opiekuj się nim dobrze” – powiedział Ethan, a w jego głosie nagle zabrzmiał smutek oddanego ojca. „To jedyne, co mi po niej zostało”.
„Zawsze, kochanie. Kocham Leo jak własnego syna” – odpowiedziałam szczerze.
Ethan pocałował mnie w czoło – długi, przeciągły uścisk – po czym wsiadł do samochodu. Szyba powoli się opadła.
„A, i zamykam główną bramę od zewnątrz” – dodał nonszalancko, jakby przypominał mi o podlaniu rośliny. „Kochanie, wczoraj zgłoszono włamanie na sąsiednim bloku. Zapasowy klucz jest w szufladzie mojego biurka, ale zamek trochę się klei, więc lepiej go nie używać, chyba że w nagłych wypadkach. To mi pomoże skupić się na pracy”.
Nie czekając na odpowiedź, podjechał w kierunku wysokich bram oddzielających nasz pałac od świata zewnętrznego. Przez chwilę patrzyłem, jak wysiada, przeciąga gruby żelazny łańcuch przez kraty, a potem usłyszałem ciężki trzask dużej kłódki. Samochód ruszył, znikając na zakręcie.
Cisza.
Wielki dom natychmiast wydał mi się duszący, gdy tylko Ethan odszedł. Wzięłam głęboki oddech, próbując otrząsnąć się z nagłego niepokoju, który wkradł się do mojej piersi. Może to tylko chwilowy lęk separacyjny. To normalne, że żona czuje się samotna, gdy mąż wyjeżdża, prawda?
Odwróciłam się do Leo. „Chodź, kochanie. Wejdźmy do środka. Robi się tu gorąco”.
Leo nie zareagował, jego wzrok wciąż był utkwiony w bramie, którą właśnie zamknął jego ojciec.
Wjechałem jego wózkiem inwalidzkim do przestronnego, klimatyzowanego salonu. Chłodna marmurowa podłoga odbijała nasze obrazy – młodą macochę i chłopca uwięzionego we własnym ciele. Zegar wskazywał 10:00.
Mój rytuał zaczął się od zmiany pieluchy Leo, podania mu zmiksowanego posiłku i przeczytania mu bajki. Ethan był niesamowicie rygorystyczny w kwestii harmonogramu Leo. Odmówił zatrudnienia pielęgniarki, powołując się na obawy dotyczące prywatności.
„Nie chcę, żeby ktoś obcy widział stan mojego syna” – powiedział.
Około 11:00 rano, czytając „Żółwia i zająca” , poczułem dziwny zapach. Był słaby, niczym zgniłe jaja niesione wiatrem, zmieszany z lawendowym odświeżaczem powietrza, którego zawsze używaliśmy. Przestałem czytać.
„Leo, miałeś wypadek?” – zapytałam automatycznie.
Przebierałam go zaledwie godzinę temu, ale i tak sprawdziłam jego pieluchę. Była czysta.
Wstałem i przeszedłem się po salonie. Zapach pojawiał się i znikał. Intuicja podpowiadała mi, że dochodzi z otwartej kuchni połączonej z jadalnią, ale kiedy podszedłem, wszystko wyglądało normalnie. Wysokiej klasy płyta kuchenna była wyłączona. Wszystkie pokrętła były wyłączone.
„To pewnie tylko twoja wyobraźnia, Claro” – mruknęłam do siebie, przypominając sobie słowa Ethana, często wypowiadane z lekkim śmiechem. „Czasami potrafisz być taka paranoiczna, kochanie. Zawsze zapominasz, czy zakręciłaś kran. Zawsze gubisz klucze. Dlatego muszę się tobą tak bardzo opiekować”.
Tak. Może po prostu byłem paranoikiem. Może to był zapach z kanalizacji na zewnątrz, który wpadał przez otwór wentylacyjny.
Usiadłem z powrotem na sofie i czytałem dalej.
Ale piętnaście minut później poczułam ciężar w głowie. Tępy ból w prawej skroni rozprzestrzenił się za moje oczy. Ogarnęła mnie nienaturalna fala senności. Powieki zrobiły mi się gorące i niemożliwie ciężkie.
Dziwne, pomyślałem. Przecież wczoraj w nocy dobrze spałem.
Spojrzałem na Leo. Chłopiec nadal milczał, ale coś się zmieniło. Jego dłonie, zazwyczaj bezwładnie spoczywające na podłokietnikach, teraz były zaciśnięte w pięści.
Nie. To był prawdopodobnie tylko skurcz mięśni. Lekarz powiedział, że spastyczność jest częsta.
„Mamo, idę po napój, kochanie. Jestem spragniony” – powiedziałem do Leo, a mój własny głos brzmiał mi w uszach chrapliwie.
Zmusiłem się, żeby wstać. Podłoga zdawała się przechylać. Przed oczami miałem mnóstwo czarnych plam.
Zapach nie był już słaby. Był ostry, cierpki, kłuł mnie w nos i gardło.
To na pewno nie była kanalizacja.
To był gaz.
Panika zaczęła napływać mi do kręgosłupa, gdy zataczając się, zmierzałem do kuchni. Musiałem sprawdzić główny zawór pod kuchenką. Serce waliło mi w piersiach, walcząc z narastającymi zawrotami głowy. Dłonie drżały mi, gdy sięgałem do klamki szafki.
W chwili, gdy otworzyłem drzwi, w uszach usłyszałem cichy syczący dźwięk.
Zapach gazu buchnął, uderzając mnie w twarz. Połączenie z linią wyglądało na krzywe, jakby nie zostało odpowiednio dokręcone – albo celowo poluzowane.
„O mój Boże” – wykrztusiłam.
Próbowałem sięgnąć do zaworu, zrobić cokolwiek, żeby powstrzymać śmiertelny syk, ale w głowie zakręciło mi się gwałtownie. Ciało zwiotczało, nogi zrobiły się jak z waty. Osunąłem się na zimną podłogę w kuchni. Miałem wrażenie, że powietrze w płucach znika. Na skraju pola widzenia zapadła ciemność.
W chwilach utraty przytomności przypomniałem sobie Leo.
Leo był nadal w salonie.
Musiałem uratować Leo, ale nie mogłem nawet ruszyć palcem.
Leżałem tam bezradny, czekając na śmierć – albo od iskry, albo od upuszczenia powietrza z mojego ciała.
Tuż przed tym, jak całkowicie zamknęły mi się oczy, usłyszałem pisk opon wózka inwalidzkiego.
Potem kroki — nie chwiejne kroki, ale pewne, szybkie, stałe kroki.
Cień padł na mnie.
Czy Ethan wrócił?
Zmusiłem się, żeby lekko uchylić powieki. Postać pochyliła się nad przewodem gazowym. Ręka poruszyła się szybko, przekręcając zawór, zamykając go gwałtownym ruchem. Syczenie ustało.
Postać odwróciła się i spojrzała na mnie.
To był Leo.
Chłopiec, który miał być całkowicie sparaliżowany, stał teraz nade mną, patrząc na mnie zimnymi, przenikliwymi i inteligentnymi oczami. Nie było śliny ani zwisającej szyi.
Jego usta poruszyły się, szepcząc słowa, które zmroziły mi krew w żyłach bardziej niż marmurowa podłoga, na której siedziałam.
„Wstrzymaj oddech, mamo. Tata nie zapomniał. Chce, żebyśmy dzisiaj umarli”.
Świeże powietrze wdarło się do moich płuc, tak ostre, że wywołało u mnie gwałtowny atak kaszlu, który wycisnął mi łzy z oczu. Klatka piersiowa bolała mnie, jakby ktoś ją uderzył od środka, ale ten ból był dowodem, że wciąż żyję. Z trudem podparłem się na drżących łokciach.
Widok przede mną był surrealistyczny. Duże okna w salonie i kuchni były teraz szeroko otwarte. Silny wiatr wiał, wydmuchując gaz, który kilka minut temu omal mnie nie zabił.
I tam stał.
Mały chłopiec, którego nosiłam do łazienki i karmiłam łyżeczką przez dwa lata, stał na krześle w jadalni, a jego zwinne ręce obracały wentylator sufitowy na najwyższą prędkość, by przyspieszyć przepływ powietrza. Jego ruchy były spokojne i precyzyjne – zupełnie nie przypominały ruchów dziecka z poważnym uszkodzeniem.
„Leo” – zawołałem ochrypłym szeptem.
Odwrócił się. Puste spojrzenie i opadnięta szczęka, które widywałem każdego dnia, zniknęły. Jego twarz była poważna, a czoło zmarszczone z dojrzałością przerażającą u chłopca w jego wieku. Zeskoczył z krzesła, lądując idealnie, i energicznie podszedł do lodówki.
Chwycił butelkę zimnej wody, odkręcił nakrętkę i uklęknął obok mnie.
„Pij, mamo. Małymi łykami. Nie pij duszkiem, bo zwymiotujesz” – rozkazał.
Jego głos był stanowczy, płaski i perfekcyjnie artykułowany. Nie było bełkotu ani ślinienia się.
Ręka mi się trzęsła, gdy brałem butelkę. Wpatrywałem się w niego, jakby był duchem.
Czy gaz wywoływał u mnie halucynacje? Czy już nie żyłem, a to było jakieś dziwne życie pozagrobowe?
„Ty… ty możesz chodzić” – wyjąkałem po łyku wody. „Od kiedy? Jak?”
Leo nie odpowiedział od razu. Wstał, podszedł do pieca i wrócił, trzymając wtyk, który naprawił.
„Najpierw skup się na tym, mamo. Twoje pytania o moje nogi mogą poczekać. Nasze życie nie” – powiedział chłodno.
Trzymał złącze tuż przed moją twarzą. „Spójrz tutaj.”
Jego mały palec wskazał na metalowy zacisk. „Ten zacisk nie jest luźny, bo jest stary. Widzisz te świeże rysy na śrubie? Został celowo poluzowany. A gumowa uszczelka w środku zniknęła”.
Zmrużyłam oczy, wciąż oszołomiona, próbując przetworzyć jego słowa. „Masz na myśli, że twój ojciec zapomniał go poprawnie zainstalować?”
Leo prychnął, a na jego niewinnej twarzy pojawił się cyniczny uśmiech, którego nigdy wcześniej nie widziałam.
„Tata nigdy niczego nie zapomina, mamo. Jest architektem-perfekcjonistą. Wpada w furię, gdy choć jedna książka na jego półce jest krzywo ułożona. Czy to logiczne, że zapomina o czymś, co dotyczy życia jego żony i syna?”
Moje serce waliło, już nie z powodu gazu, ale z powodu zimnego strachu wspinającego się po kręgosłupie.
„Więc zrobił to celowo” – wyszeptałam. „Przeciek. Brama zamknięta na kłódkę od zewnątrz. Wszystkie okna szczelnie pozamykane, zanim wyszedł. I zabronił mi wychodzić z domu dla »bezpieczeństwa«”.
Leo przedstawił fakty niczym doświadczony detektyw.
„Gdybym naprawdę był sparaliżowany, jak on myśli, a ty straciłbyś przytomność od gazu, wystarczyłaby jedna iskra z cyklu pracy lodówki lub przełącznika światła, a ten dom by eksplodował”.
Leo wpatrywał się we mnie intensywnie. „Wszyscy pomyśleliby, że to tragiczny wypadek. Niedbała gospodyni domowa zapomniała wyłączyć kuchenkę. Tata wróciłby do domu, zapłakałby za kamerami, a potem zgarnąłby dużą wypłatę, którą załatwił w zeszłym miesiącu”.
Gwałtownie pokręciłam głową, łzy zaczęły płynąć. Zaprzeczenie było moją ostatnią obroną.
„Nie. To niemożliwe. Ethan mnie kocha, Leo. Jest dobrym mężem. Opiekował się wami sam przez lata, zanim mnie poznał.”
„On się mną nie opiekował, mamo” – przerwał ostro Leo, a jego głos drżał z tłumionej wściekłości. „Uwięził mnie”.
Leo cofnął się o krok i spojrzał na swoje stopy.
„Nigdy nie zostałem sparaliżowany po tym wypadku. Miałem złamane nogi, owszem, ale całkowicie się zrosły rok po śmierci mojej prawdziwej matki. Zrozumiałem wtedy, że jeśli będę wyglądał zdrowo – jeśli będę wyglądał na mądrego – skończę tak jak ona”.
„Co masz na myśli?” wyszeptałam, a przerażenie rosło mi w gardle.
„Moja mama nie zginęła w wypadku samochodowym, mamo. Hamulce w samochodzie zawiodły, bo linka została przecięta. Siedziałem na tylnym siedzeniu. Widziałem tatę pod samochodem, zanim odjechaliśmy. Przeżyłem. Ona nie”.
Leo wziął głęboki oddech.
„Od tego dnia postanowiłem udawać martwego. Stałem się nieszkodliwą, niepełnosprawną marionetką. Bo morderca nie czuje się zagrożony przez kogoś, o kim myśli, że nie potrafi się bronić, prawda?”
Zakryłam usta, a moje ciało drżało niekontrolowanie. Ta historia była zbyt potworna, żeby mogła być prawdziwa.
A jednak elementy układanki w mojej głowie zaczęły się składać w całość: „opiekuńczość” Ethana, jego naleganie, żebym nie znalazła pracy, subtelny sposób, w jaki izolował mnie od przyjaciół.
Nagle dźwięk telefonu przerwał napięcie między nami.
To była moja komórka leżąca na stoliku kawowym.
Leo gwałtownie odwrócił głowę w jego stronę. Ekran rozświetlił się, wyświetlając nazwę kontaktu, która teraz przypominała Ponurego Żniwiarza.
Mój mąż.
Twarz Leo zbladła, ale jego oczy płonęły czujnością. W mgnieniu oka pobiegł – naprawdę pobiegł – do swojego wózka inwalidzkiego. Wskoczył, zgarbił się, przechylił głowę w lewo i pozwolił, by szczęka mu opadła.
W ciągu kilku sekund zimne, bystre dziecko zniknęło.
Leo znów był bezradnym, sparaliżowanym chłopcem.
„Odbierz, mamo” – syknął Leo, ledwo poruszając ustami. Dźwięk wydobył się zza zaciśniętych zębów, niezwykle cichy, a jednak pełen rozkazów. „Odbierz teraz. Nie płacz. Nie trzęś się. Jeśli choć przez chwilę będzie podejrzewał, że nic nam nie jest, odwróci się i nas wykończy”.
Telefon nadal dzwonił, domagając się odpowiedzi.
Sięgnąłem po eleganckie urządzenie. Ekran błysnął, odliczając sekundy mojego życia.
Spojrzałem na Leo. Zamrugał raz.
Nasz nowy tajny kod.
Nacisnąłem zieloną ikonę, przyłożyłem zimne urządzenie do ucha i próbowałem przełknąć szloch, który uwiązł mi w gardle.
„Witaj, kochanie” – baryton Ethana rozległ się w słuchawce. Tak ciepły, tak uspokajający i tak zabójczy. „Wszystko w porządku w domu? Brzmisz, jakby brakowało ci tchu”.
Serce mi stanęło na dźwięk pytania Ethana. Jego głos był taki swobodny. Ale teraz każda intonacja brzmiała jak ostrze mierzące mi kark.
Leo wciąż siedział na wózku inwalidzkim, z przechyloną głową, ale jego lekko otwarte lewe oko wpatrywało się we mnie ostro, wysyłając sygnał ostrzegawczy.
Nie zepsuj tego.
„Ja… Właśnie uciekłam z łazienki, kochanie” – skłamałam, próbując znaleźć coś wiarygodnego. „Wydawało mi się, że słyszałam tłuczone szkło. Okazało się, że kot sąsiada wszedł przez okno w kuchni”.
Krótka cisza po drugiej stronie. Słyszałem wstrzymany oddech Ethana.
Czy on mi uwierzył?
„Kot?” zapytał, lekko schodząc z tonu. Brzmiał na rozczarowanego. „Ale myślałem, że zamknąłem wszystkie okna. Jak kot mógł wejść? Otworzyłaś okno, Klaro?”
To była pułapka.
Gdybym powiedział, że otworzyłem okno, wiedziałby, że gaz uszedł.
Gdybym powiedział, że jest zamknięte, zastanawiałby się, dlaczego nie umarłem.
„Zamek musiał się poluzować, kochanie” – odpowiedziałam szybko, starając się brzmieć jak naiwna Clara, którą znał. „Wiatr pewnie trochę je otworzył. Ale zamknęłam je z powrotem. Nie martw się”.
„Och, rozumiem” – odpowiedział powoli. „No cóż, powinnaś trochę odpocząć. I nie zapomnij sprawdzić kuchenki, dobrze? Mam złe przeczucie – może przeciek albo coś. Wiesz, że twój węch nie jest najlepszy, kiedy masz alergię”.
Podkładał swoje alibi.
Gdyby policja znalazła moje szczątki, powiedziałby, że ostrzegał mnie przez telefon, ale to ja byłem nieostrożny.
„Tak, kochanie. Wszystko w porządku. Skup się na pracy” – powiedziałam, a moje usta drżały, gdy powstrzymywałam mdłości.
„Kocham cię, Claro.”
„Ja też cię kocham, Ethan.”
Połączenie zostało przerwane.
Telefon wyślizgnął mi się z ręki, uderzając o gruby dywan. Nogi się pode mną ugięły. Osunęłam się na podłogę, objęłam kolana rękoma i w końcu popłynęły mi łzy – ciche i piekące.
„Przestań płakać, mamo.”
Stanowczy głos Leo przebił się przez moją rozpacz. Wyprostował głowę, ocierając grzbietem dłoni sztuczną ślinę z brody. Podszedł bliżej i delikatnie poklepał mnie po ramieniu.
„Jest rozczarowany” – stwierdził Leo beznamiętnie. „Ten ton w jego głosie brzmiał jak głos człowieka, którego plan właśnie się nie powiódł. Ty wciąż żyjesz”.
Gniewnie strząsnęłam jego dłoń z ramienia. Szok sprawił, że moje emocje stały się niestabilne.
„Przestań, Leo. Nie mów tak o swoim ojcu. Może… może ten łącznik był po prostu stary. Może źle zrozumiałeś, co stało się z twoją matką. Ethan to łagodny człowiek. Wyciągnął mnie z biednej rodziny. Dał mi wszystko.”
„Uratował cię, bo jesteś sierotą i nie masz bliskich krewnych, którzy zadawaliby ci pytania, gdybyś nagle umarł” – warknął Leo.
Głos małego chłopca rozbrzmiał w dużym salonie, uciszając moje szlochy. Spojrzał na mnie z wyrazem głębokiego wyczerpania.
„Dlaczego twoim zdaniem zniechęcał cię do zaprzyjaźniania się z sąsiadami? Dlaczego nie podobało mu się, że dołączyłaś do tego klubu książki? Dlaczego zwolnił całą służbę domową na miesiąc przed ślubem z tobą?”
Zaniemówiłem.
Na wszystkie te pytania Ethan zawsze dawał mi odpowiedzi.
Chcę, żebyśmy mieli prywatność, kochanie. Chcę po prostu cieszyć się naszym wspólnym czasem.
W tamtym czasie brzmiało to romantycznie.
Teraz brzmiało to jak zdanie.
„Nadal żyjesz w zaprzeczeniu” – powiedział Leo.
Sięgnął do kieszeni spodenek — kieszeni, o której myślałem, że mieści się w niej tylko chusteczka — i wyciągnął mały, czarny przedmiot.
Miniaturowy cyfrowy dyktafon.
„Przez cały ten czas, kiedy tata myślał, że jestem tylko bezużytecznym guzem na wózku inwalidzkim, czuł się swobodnie i mógł wykonywać dowolne połączenia przy mnie” – powiedział Leo, naciskając przycisk odtwarzania.
Głos Ethana, wyraźny jak dzień, wydobywał się z małego urządzenia, nagranego zaledwie kilka dni temu.
„Tak, panie Henderson. Ubezpieczenie jest aktywne. Dobrze. Pięć milionów, jeśli to będzie wyglądało na wypadek domowy. Dobrze. Dopilnuję, żeby wszystko było załatwione w przyszłym tygodniu. Potrzebuję tej gotówki szybko, żeby spłacić długi w Vegas.”
Zaśmiał się cicho.
„Moja żona? Ach, ona jest łatwa. To naiwna idiotka.”
Mój świat się zawalił.
Sufit tego luksusowego domu zdawał się walić. Słowo „głupiec” wypowiedziane z tak lekceważącą pogardą, a potem ten sam lekki chichot, który słyszałem, oglądając komedie w telewizji.
Mąż, którego uwielbiałam — mężczyzna, którego uważałam za swojego wybawcę — okazał się potworem tonącym w długach hazardowych.
Poczułem mdłości. Ścisnęło mnie w żołądku, nie od uporczywych gazów, ale od brutalnej rzeczywistości, która właśnie mnie dopadła.
„On… on nazwał mnie głupcem” – wyszeptałam otępiała.
„On się myli” – szybko wtrącił Leo.
Złapał mnie za rękę. Jego mała dłoń była zaskakująco szorstka, prawdopodobnie od lat tajnych ćwiczeń.
„Nie jesteś głupia, mamo. Jesteś po prostu zbyt dobra. A źli ludzie zawsze wykorzystują dobrych ludzi”.
Leo spojrzał na zegar ścienny.
„Mamy nowy problem” – powiedział. „Podejrzewa, że nie zostałeś otruty. Na pewno będzie nas obserwował”.
„Patrzysz? Jak… on jest na autostradzie” – wydusiłem z siebie, próbując odzyskać zdrowy rozsądek.
Leo wskazał na róg pokoju. Tuż nad wysoką kryształową gablotą, wśród bujnych sztucznych kwiatów, widniała maleńka, błyszcząca kropka odbijająca światło.
„Kamera” – syknął Leo. „Zainstalował ją w zeszłym tygodniu. Powiedział, że to czujnik ruchu do alarmu. Skłamał. Jest podłączona do jego telefonu”.
Krew mi zmroziła krew w żyłach. Instynktownie odwróciłem głowę w jego stronę.
„Nie patrz na to” – szepnął Leo. Pociągnął mnie za rękę, żebym nie patrzyła w dół. „Słuchaj, mamo. Pewnie właśnie otwiera aplikację, żeby sprawdzić, dlaczego wciąż mogłaś odebrać telefon. Jeśli zobaczy mnie tak stojącą – albo jeśli zobaczy, że wyglądasz idealnie – będzie wiedział, że jego plan całkowicie się nie powiódł”.
„Co więc zrobimy?” – zapytałem, czując narastającą panikę.
„Zróbmy mu przedstawienie” – powiedział Leo, a w jego oczach pojawił się przebiegły błysk. „Musimy wmówić mu, że słabniesz. Sprawić, żeby poczuł, że wygrywa, żeby teraz nie chciał się wycofać”.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, mój telefon znów zawibrował.
Wiadomość tekstowa.
Czytając to, trzęsły mi się ręce.
Kochanie, sprawdziłem obraz z kamery, ale w salonie jest ciemno. Czy nie ma prądu? Spróbuj zapalić lampę. Chcę sprawdzić, co u Leo.
Leo przeczytał wiadomość przez moje ramię, a jego twarz się ściągnęła.
„On nas testuje” – wyszeptał. „Nie ma prądu. Zdalnie wyłączył tryb nocny w kamerze, żeby ekran był ciemny, prowokując cię do stania przed nią”.
Leo spojrzał na mnie. Potem szybkim ruchem lekko rozdarł kołnierzyk swojej koszuli, sprawiając, że wyglądała na rozczochraną.
„Mamo” – rozkazał – „uderz mnie”.
“Co?”
„Uderz mnie” – powtórzył ostrym głosem. „A potem rzuć się na kanapę. Udawaj, że szalejesz. Nakrzycz na mnie prosto przed kamerą. Natychmiast”.
Moja ręka zawisła w powietrzu, drżąc pod ciężarem moralnym, który groził, że mnie zmiażdży.
Leo wypiął pierś. Jego oczy spotkały się z moimi – mieszanina wyzwania i rozpaczliwej prośby.
„Zrób to, mamo. Teraz, albo zginiemy” – syknął.
Zamknąłem oczy, ugryzłem się w wargę, aż poczułem smak krwi, i zamachałem ręką.
Pękać.
Dźwięk rozbrzmiał echem w cichym pokoju. Dłoń mnie piekła, ale serce bolało jeszcze bardziej.
Leo gwałtownie odwrócił głowę na bok, a jego policzek natychmiast poczerwieniał. W ułamku sekundy jego wyraz twarzy uległ zmianie. Otworzył usta i wyrwał mu się rozdzierający serce jęk – żałosny, przekonujący i w jakiś sposób druzgocący.
Znów był niepełnosprawnym dzieckiem.
Natychmiast wczułem się w swoją rolę. Wykorzystałem prawdziwy zawrót głowy jako paliwo, krzyczałem histerycznie i zatoczyłem się przed gablotę, z której patrzyła ukryta kamera.
„Cicho, Leo! Cicho!” krzyknęłam, chwytając się za głowę. „Boli mnie głowa… przez ciebie… przez ten zapach… wariuję!”
Rzuciłem się na długą sofę, wiłem się i waliłem pięściami w poduszki.
„Ethan! Ethan, pomóż mi” – bełkotałem, upewniając się, że mój głos jest wystarczająco głośny, by mikrofon go wychwycił. „Zaraz mi głowa eksploduje!”
Mijały sekundy, bolesne i długie.
Wtedy mój telefon znów zawibrował.
Kochanie, co się stało? Widzę cię na kamerze. Krzyczysz. Źle ci? Jeśli masz zawroty głowy, spróbuj spać na kanapie. Nie złość się na Leo. Straszysz go. I nie otwieraj drzwi, dobrze? To niebezpieczne. Wrócę do domu tak szybko, jak tylko będę mógł. Utknąłem w korku.
On to widział.
Oglądał program.
A co najstraszniejsze, kazał mi spać i nie otwierać drzwi – subtelne instrukcje, żebym został w środku i wdychał to, co pozostało w powietrzu, dopóki ono nie dokończy dzieła.
Leo, wciąż szlochający na wózku inwalidzkim, powoli się uspokoił, gdy zobaczył, że odkładam telefon. Spojrzał na mnie zaszyfrowanym wzrokiem, zerkając w lewo.
Poszedłem za jego wzrokiem w stronę korytarza, który prowadził do kuchni gospodarczej i nieużywanej łazienki dla służby.
Znikając z pola widzenia, Leo bezgłośnie powiedział:
Bezpieczna.
Lekko skinąłem głową.
Wciąż czując zawroty głowy, wstałam i głośno jęknęłam. „Będę wymiotować”.
„Zejdź mi z drogi, Leo” – wybełkotałem, biegnąc w stronę tylnego korytarza, poza pole widzenia kamery.
W chwili, gdy dotarłem do małej, wilgotnej łazienki dla służby, Leo wjechał tam z prędkością błyskawicy. Wślizgnęliśmy się do środka, a on natychmiast odsunął zasuwę.
W małym pokoju, w którym unosił się zapach naftaliny, w końcu spadły z nas maski.
Osunęłam się na podłogę obok suchej wanny, szlochając – cicho, drżąc. „Przepraszam, Leo. Przepraszam, że cię uderzyłam”.
Leo zignorował moje przeprosiny. Był zajęty wyciąganiem cienkiego tabletu z ukrytej przegródki, którą ukrył za oparciem wózka inwalidzkiego. Jego palce śmigały po ekranie.
„Oszczędź sobie łez, mamo” – powiedział chłodno, choć policzek wciąż miał czerwony. „Będą ci potrzebne później. Teraz… spójrz”.
Wcisnął mi tabletkę w twarz.
„Od miesiąca wchodzę do jego chmury i synchronizuję jego czaty. Wiedziałem, że coś planuje, ale nigdy nie mogłem tego udowodnić aż do dzisiaj. Popełnił fatalny błąd, nie wyłączając synchronizacji danych na tym starym tablecie”.
Na ekranie wyświetliła się znajoma zielona aplikacja do przesyłania wiadomości.
Nie była to rozmowa z klientem ani współpracownikiem.
To była intensywna rozmowa z osobą o imieniu Jessica: Projektowanie wnętrz.
Moje oczy przesuwały się po wierszach, a każde słowo uderzało mnie w pierś niczym młot.
Ethan, przewód gazowy jest poluzowany. Głupiec i idiota są zamknięci w środku. Wychodzę, udając, że jadę w podróż służbową, którą wysłałem dwie godziny temu.
Jessica, jesteś pewna, że to bezpieczne, kochanie? A co, jeśli się nie uda? Nie chcę dłużej czekać, aż będziesz cała dla siebie. Już zarezerwowałam bilety do Paryża na przyszły tydzień.
Ethan, spokojnie, kochanie. Clara jest naiwna. Nie będzie niczego podejrzewać. Nawet jeśli nie umrze od gazu, to zemdleje i niechcący przewróci tę świecę, którą zapaliłem na stoliku. Dom się zawali. Zbierzemy pieniądze. Weźmiemy ślub w Europie. Żegnaj biedoto.
Jessica. Haha. Jesteś taka zła. Ale to uwielbiam.
Kocham Cię, mój przyszły bogaty mężu.
Kocham cię jeszcze bardziej. Tylko bądź cierpliwy. Za jakąś godzinę powinniśmy dostać powiadomienie o pożarze domu.
Pod rozmową znajdowało się zdjęcie, które właśnie wysłała Jessica.
Test ciążowy z dwiema różowymi liniami.
Jessica: Mały bonus dla ciebie. Junior jest w drodze.
Świat pociemniał.
Moja miłość, moje dwuletnie oddanie, moja szczerość w opiece nad jego synem – odpłaciła się spiskiem tak ohydnym, że aż mnie ciarki przeszły. Nie chciał, żebym odeszła tylko dla pieniędzy. Chciał mnie zastąpić, wymazać i oczyścić dom ze świadków.
I nazwał Leo — swojego syna — idiotą.
Ucisk w piersi przestał być smutkiem. Przekształcił się w coś innego: coś gorącego, ostrego i żywego.
Wpatrywałam się w ekran, wypalając w pamięci każde ohydne słowo. Łzy przestały płynąć. Mój nierówny oddech stał się spokojny – ciężki, głęboki.
„Mamo” – powiedział Leo cicho, być może przestraszony moim nagłym bezruchem.
Zwróciłem się do niego.
Łagodna, uległa Klara zniknęła. Nieśmiała, posłuszna Klara zniknęła.
„Leo” – powiedziałem cicho, wibrując nie strachem, lecz świeżo zrodzoną zemstą. „Czy ta tablica może teraz nagrać nasze twarze?”
Leo skinął głową, zdezorientowany. „Tak. Dlaczego?”
„Nagraj mnie” – rozkazałem, ocierając ostatnie łzy z policzków. „Dziś nie umieramy i nie biegniemy”.
Zaciskałem pięści, aż paznokcie wbijały mi się w dłonie.
„On chce, żeby ten dom spłonął” – powiedziałem spokojnym głosem. „Dobrze. Damy mu ogień, którego nigdy nie zapomni”.
Wyjście z tej małej łazienki przypominało powrót na pole bitwy bez zbroi. Zapach gazu prawie się ulotnił, ale smród zdrady wypełniał teraz każdy kąt domu.
„Pamiętaj, mamo” – wyszeptał Leo, szarpiąc mnie za rękaw. „Nie jesteś silna, Claro. Jesteś zatruta gazem, masz zawroty głowy i ledwo się trzymasz. Niech twoje oczy się zaszkliją. Nie skupiaj się na kamerze”.
Skinąłem głową.
Nogi niosły mnie niepewnie w stronę sofy w salonie, naszej sceny. Rozczochrałam włosy, pozwalając, by kosmyki przykleiły się do spoconego czoła. Twarz zbladła mi już bez żadnego wysiłku; świadomość, że mąż chce mojej śmierci, sprawiła, że krew odpłynęła mi z policzków.
Właśnie osunąłem się na kanapę, gdy telefon znów zawibrował.
Dzwonek, który kiedyś przyspieszał bicie mojego serca, teraz brzmiał jak syrena.
Rozmowa wideo.
„On dzwoni” – syknęłam, czując narastającą panikę.
„Odpowiedz” – rozkazał Leo, szybko stawiając swój wózek inwalidzki tuż za mną i wracając do trybu zepsutej lalki.
Moja ręka drżała, gdy naciskałem zieloną ikonę aparatu.
Na ekranie pojawiła się twarz Ethana. Siedział w samochodzie, autostrada rozmywała się za nim. Jego twarz – Boże – wciąż była tak przystojna, ozdobiona wyrazem troski tak przekonującym, że gdybym nie przeczytała jego wiadomości, rozpłynęłabym się.
„O mój Boże, kochanie, wyglądasz tak blado” – wykrzyknął.
W jego głosie słychać było panikę, ale moje niedawno otwarte oczy dostrzegły w nim błysk oczekiwania.
Przełknąłem gorzki smak w ustach.
„Ethan” – jęknęłam, a mój głos się załamał. „Źle się czuję. Mam zawroty głowy. Mam mdłości”.
„Co się stało? Nadal czujesz gaz?” – zapytał szybko.
„Ten zapach… po prostu wiruje mi w głowie” – odpowiedziałam cicho, zamykając oczy, jakbym nie mogła znieść patrzenia na ekran. „Chcę tylko spać. Jestem taka śpiąca”.
Kącik ust Ethana drgnął.
Malutki uśmiech – prawie niezauważalny – ale go dostrzegłem.
Był szczęśliwy. Myślał, że senność oznacza, że słabnę.
„Dobrze, kochanie” – zagruchał, a jego głos był gładki jak jedwab. „Nie zmuszaj się do czuwania. Może po prostu potrzebujesz długiego odpoczynku. Po prostu śpij sobie na sofie. Dobrze? Nigdzie nie odchodź. Poczujesz się lepiej, kiedy się obudzisz”.
Długi odpoczynek.
Pod koniec usypiał mnie.
Ale Leo—
Lekko przechyliłem telefon, pokazując pochylonego Leo, z szeroko otwartymi, pustymi oczami i lekko otwartymi ustami.
„Leo nie jadł obiadu” – powiedziałam słabo.
„Cicho. Wszystko w porządku” – wtrącił Ethan lekko niecierpliwym głosem. „Leo jest silny. Może się obejść bez jedzenia przez chwilę. Jesteś teraz najważniejsza. Śpij, kochanie. Dla mnie. Po prostu odpocznij.”
Łza spłynęła mi po policzku.
To nie była gra. To był ból z powodu mężczyzny, który obiecał mi miłość, a teraz namawiał mnie do śmierci za swoją ciężarną kochankę.
„Dobrze, Ethan” – wyszeptałam z rezygnacją. „Idę spać”.
„Grzeczna dziewczynka. Kocham cię. Słodkich snów, Claro.”
Połączenie zostało zakończone.
W chwili, gdy ekran zgasł, moje siły obronne runęły. Rzuciłam telefon na poduszkę i pobiegłam do zlewu, wymiotując jedynie gorzką żółcią. Całym ciałem wstrząsnęły mi dreszcze. Czułam obrzydzenie – obrzydzenie, że kiedykolwiek dotknęły mnie ręce, które to zaplanowały.
Ogarnęła mnie głęboka depresja.
Byłem sam w tym wielkim domu, uwięziony z małym dzieckiem przeciwko potworze, który trzymał wszystkie klucze.
Co się stanie, jeśli nasz plan się nie powiedzie?
A co jeśli miał plan awaryjny?
A co jeśli dzisiejsza noc będzie moją ostatnią nocą na Ziemi?
Osunęłam się na podłogę w kuchni, obejmując kolana, a szloch groził wybuchem.
„Przestań się nad sobą użalać.”
Głos Leo powrócił. Tym razem nie był rozkazujący – tylko zimny i pragmatyczny. Jego wózek inwalidzki zaskrzypiał, gdy się zbliżył.
„Możesz płakać później, kiedy będzie gnił w celi więziennej” – powiedział. „A teraz wstawaj”.
Spojrzałam na niego z opuchniętymi oczami. „Boję się, Leo. To mój mąż. Jak mógł to zrobić?”
„Bo jest potworem” – odpowiedział po prostu Leo.
Był już zajęty tabletem, jego małe palce szybko przesuwały się po ekranie.
„Śledzę GPS jego samochodu poprzez wbudowany system nawigacyjny” – powiedział. „Powinien już jechać dalej autostradą międzystanową”.
Z trudem podniosłam się na nogi, wycierając usta papierowym ręcznikiem.
„On… on mi uwierzył, prawda?” – wyszeptałam. „Powiedział mi, żebym spała”.
Nagle palce Leo zamarły.
Jego oczy się rozszerzyły. Spokojny wyraz twarzy zmienił się w napięty, blady szok.
„Leo” – powiedziałem, czując narastający strach. „Co się stało?”
Leo przełknął ślinę. Uniósł tablet, pokazując mi cyfrową mapę z pojedynczą migającą czerwoną kropką.
„Mamo” – powiedział, a jego głos po raz pierwszy zadrżał. „Ta kropka… to samochód taty”.
Zmrużyłam oczy. „Więc jest daleko, tak?”
„Nie” – powiedział Leo, powoli kręcąc głową, z przerażeniem w oczach. „Po prostu skorzystał z najbliższego wyjścia. A teraz zawraca”.
Moje serce zabiło mocniej.
„On wie” – wyszeptał Leo. „Coś było nie tak z twoją grą. Albo może zauważył, że tylna szyba na nagraniu była lekko uchylona”.
„Nie jest już w podróży służbowej” – powiedział Leo, zerkając na zegar ścienny, a potem na mnie. „Będzie tu za dwadzieścia minut”.
„A kiedy wróci do domu i zastanie nas żywych, bez ognia” – kontynuował Leo, ledwo panując nad głosem – „nie użyje już więcej gazu. Sam dokończy robotę”.
„Dwadzieścia minut” – wykrztusiłem.
Adrenalina pulsowała w moich żyłach. „Musimy uciekać, Leo. Musimy się stąd wydostać natychmiast. Możemy wspiąć się na tylne ogrodzenie. Krzyczcie po ochronę”.
„To bez sensu, mamo” – warknął Leo, wyrywając mnie z ślepej paniki. „Najbliższy posterunek ochrony jest pół mili stąd. Tylne ogrodzenie ma dziesięć stóp wysokości i jest ogrodzone drutem kolczastym. A o bramie frontowej… zapomniałaś. Zabezpieczył ją łańcuchem”.
Zostaliśmy uwięzieni.
Pobiegłem do frontowego okna, zerkając przez żaluzje. Żelazny łańcuch owijał się wokół ciężkiej, czarnej bramy niczym wąż.
Byliśmy myszami w pułapce, czekającymi na powrót drapieżnika.
„Więc po prostu się poddamy i pozwolimy mu nas zabić?” – zapytałam zdesperowana, zwracając się do Leo.
Leo pokręcił głową, a jego młoda twarz stwardniała. Wyraz twarzy nie był już wyrazem dziecka, lecz osaczonego żołnierza.
„Nie” – powiedział. „Nie uciekamy. Witamy go”.
Leo szybko podjechał do konsoli multimedialnej pod telewizorem. „Mamo, pomóż mi to przenieść. Szybko”.
Nie zadawałem pytań. Ostatkiem sił pomogłem mu pchnąć ciężką drewnianą szafkę.
Za nim, na ścianie, znajdowała się niska kratka wentylacyjna z luźnymi kratami.
„Zdejmij to” – rozkazał Leo.
Szarpnąłem kratę. W środku znajdowało się stare pudełko na sprzęt wędkarski należące do Ethana – to, o którym twierdził, że zaginęło lata temu.
Leo wyciągnął go.
„Mała niespodzianka dla niego” – mruknął, odpinając zamek.
Moje oczy rozszerzyły się na widok zawartości. Nie było haczyków ani żyłki. W środku znajdował się zbiór przedmiotów, które Leo potajemnie zebrał – narzędzia, improwizowane środki odstraszające, a co najbardziej szokujące, czarny ręczny paralizator.
„Skąd to masz?” wyszeptałam, drżąc.
„To taty” – powiedział szybko Leo. „Kupił go do samoobrony i trzymał w samochodzie. Zabrałem go kilka miesięcy temu, kiedy był pijany. Myśli, że zgubił go na myjni samochodowej”.
Gwałtowny trzask rozległ się między zębami.
„Baterie pełne” – powiedział Leo.
Podał mi paralizator. „Weź to, mamo. To twoja jedyna szansa. Kiedy się zbliży, nie wahaj się”.
Trzymałam zimny przedmiot, a moja ręka drżała. Myśl o zrobieniu krzywdy własnemu mężowi – mężczyźnie, który kiedyś trzymał mnie w ramionach każdej nocy – przyprawiała mnie o mdłości.
Ale widok tych wiadomości rozwiał moje wątpliwości.
„Teraz posłuchaj planu” – powiedział Leo, uważnie obserwując. „Nie możemy go zaatakować w salonie. Kamera tam jest. Sprawdzi obraz z samochodu, zanim jeszcze wejdzie do środka, żeby zobaczyć, gdzie jesteśmy. Więc schowamy się w martwym polu”.
Leo skinął głową w stronę spiżarni pod schodami.
„Jest ciemno, ciasno i co najważniejsze, poza zasięgiem wzroku kamery”.
„A co jeśli on tam nie pójdzie?” – wyszeptałam.
„Zrobi to” – powiedział Leo, a jego uśmiech był ponury. „Bo zostawię wózek inwalidzki tuż przed drzwiami spiżarni. Pomyśli, że wypadłem i wpełzłem do środka – albo że to ty mnie tam zaciągnąłeś, żeby się schować”.
Pomysł był jednocześnie genialny i szalony.
Poruszaliśmy się szybko, jak drużyna, która przygotowywała się do wojny, o której nikt inny nie wiedział. Posprzątaliśmy salon na tyle, żeby wyglądał normalnie. Leo zeskoczył z wózka inwalidzkiego. Razem pchnęliśmy puste krzesło, aż przewróciło się przed lekko uchylonymi drzwiami spiżarni, stwarzając iluzję walki.
Potem Leo i ja wślizgnęliśmy się w ciemność spiżarni.
Przycupnęliśmy za kuchenną wyspą, wśród stosów puszek. Mój oddech stał się urywany. Leo chwycił mnie za rękę, jego dłoń była zimna i wilgotna.
Pięć minut minęło w ciszy.
Dziesięć minut.
Słychać tylko tykanie zegara ściennego, głośne jak bomba.
Piętnaście minut.
Usłyszeliśmy dźwięk chrupnięcia opon na żwirowym podjeździe.
Miałem wrażenie, że serce wyskoczy mi z gardła.
Był tutaj.
Silnik samochodu zgasł. Chwila ciszy, a potem brzęk metalu – dźwięk odryglowywanego łańcucha bramy.
Nie zatrąbił. Nie zawołał mojego imienia.
Przyszedł w milczeniu, jak złodziej do własnego domu.
Drzwi wejściowe otworzyły się powoli. Kroki na marmurowej podłodze.
Stuknij. Stuknij. Stuknij.
Dźwięk jego drogich butów, którego kiedyś uwielbiałam słuchać, gdy wracał z pracy, teraz brzmiał jak kroki kata.
„Klara” – zawołał płaskim i zimnym głosem.
Nie było żadnych obaw związanych z rozmową wideo.
Brak odpowiedzi.
W domu panowała martwa cisza.
„Leo” – zawołał ponownie.
Wszedł głębiej do środka. Z wąskiej szczeliny pod wyspą widziałem cień jego nóg przesuwający się w stronę salonu. Zatrzymał się, prawdopodobnie rozglądając się, szukając oznak życia.
„Do diabła” – mruknął. „Zapach zniknął”.
Zdał sobie sprawę, że okna były otwarte.
Jego cień znów się poruszył. Podszedł do przewróconego wózka inwalidzkiego przed naszą kryjówką. Zatrzymał się tuż przed drzwiami spiżarni.
Dzieliły nas cienkie, uchylone drzwi i kuchenna wyspa.
Ścisnąłem paralizator z całej siły, zimny pot spływał mi po skroniach.
„Bawimy się w chowanego, co?” – zaśmiał się sucho, pusto. „Wyjdź, Klaro. Wiem, że jeszcze żyjesz. Za mało gazu, co?”
Ciężki metalowy przedmiot rozbił się o marmurową podłogę.
Wyjrzałem.
W prawej ręce Ethan nie trzymał teczki.
Trzymał w ręku długi, błyszczący klucz do opon.
Nie przyszedł pomóc.
Przyszedł, żeby się upewnić, że nie ma żadnych świadków.
Ethan zrobił krok do przodu, kopiąc wózek inwalidzki Leo na bok. Rozbił się o ścianę.
„Bezużyteczny bachor” – warknął, wchodząc do kuchni. „Wyjdź. Tatuś ma coś, co cię raz na zawsze zdołuje”.
Stał teraz dwa kroki od nas, tyłem do nas, i sprawdzał zawartość szafek po drugiej stronie pokoju.
Leo szturchnął mnie mocno w żebra.
Teraz.
Wzięłam głęboki oddech, zbierając resztki odwagi, na jakie stać zdradzoną żonę i opiekuńczą matkę. Wyszłam z kryjówki, a paralizator zatrzeszczał.
„Jestem tutaj, Ethan!” krzyknąłem.
Ethan odwrócił się z szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Klucz do opon uniósł się – ale zanim zdążył zamachnąć się, rzuciłem się do przodu.
Głośny, przerażający trzask wypełnił małą kuchnię, po którym usłyszałem krzyk agonii, który nie był mój.
Ciało Ethana drgnęło gwałtownie. Łyżka do opon z brzękiem upadła na podłogę. Upadł, uderzając mocno o kafelki.
Zatoczyłam się do tyłu, ciężko dysząc, a ręka trzęsła mi się tak bardzo, że o mało nie upuściłam paralizatora. Wpatrywałam się w męża jęczącego na podłodze, którego kończyny wciąż drżały od szoku.
„Przepraszam, kochanie” – wyszeptałam instynktownie – stary nawyk uległej żony, która czepia się go jak duch. Czułam się winna, że go zraniłam.
„Nie przepraszaj!” – krzyknął Leo za mną. „Zrób to jeszcze raz, mamo. Nie pozwól mu wstać!”
Krzyk Leo przywrócił mnie do rzeczywistości, ale było już za późno.
Kiedy się ruszyłam, ręka Ethana wystrzeliła w górę i zacisnęła się na mojej kostce. Jego uścisk był twardy jak stal.
„Ty…” – wychrypiał, a w jego głosie słychać było wściekłość.
Ethan szarpnął mnie za nogę. Straciłem równowagę i upadłem do tyłu, uderzając tyłem głowy o twarde płytki. Przed oczami eksplodowały mi gwiazdy. Paralizator wyleciał mi z ręki i poleciał poza zasięg.
Ethan z trudem wstał, zataczając się, z twarzą wykrzywioną wściekłością. Jego oczy płonęły morderczą intencją tak czystą, że odebrała mi ostatnią iluzję.
Pełzał w moim kierunku, wyciągając rękę do mojego gardła.
„Umrzyj teraz, Claro.”
Zamknąłem oczy i podniosłem ręce, żeby odeprzeć nieuniknione.
Nagle usłyszałem dźwięk rozpryskującej się cieczy, a zaraz potem poczułem przeszywające, ostre pieczenie.
„Moje oczy!” krzyknął Ethan, puszczając moją nogę i turlając się po podłodze, drapiąc się po twarzy.
Leo stał tam, trzymając w ręku odnowioną butelkę perfum wypełnioną miksturą chili, pompując ją raz po raz bez litości.
„Uciekaj, mamo!” rozkazał Leo. „Na górę, natychmiast!”
Nie traciłem czasu. Adrenalina wzięła górę nad bólem głowy. Zerwałem się na równe nogi, chwyciłem Leo za drobną dłoń i wybiegliśmy z kuchni.
Wbiegliśmy po wielkich, krętych schodach. Za nami słyszeliśmy ryk Ethana, który rozbijał się o stoły i krzesła, potykając się i na chwilę tracąc wzrok.
„Zabiję cię!” – ryknął. „Ja…”
Jego groźby rozbrzmiały w całym domu.
Dotarliśmy na drugie piętro i pobiegliśmy prosto do głównej sypialni – pokoju, który był niemym świadkiem mojego udawanego szczęścia. Zatrzasnęłam ciężkie dębowe drzwi i przekręciłam podwójne zamki. Niezadowolona, przeciągnęłam ciężką toaletkę, żeby ją zablokować.
Staliśmy w cichym pokoju, oddychając ciężko i nierówno.
Osunęłam się na podłogę, opierając się o słupek łóżka, a moje ciało drżało niekontrolowanie. Strach powrócił – silniejszy niż wcześniej.
Zostaliśmy uwięzieni.
Okna w tym pokoju miały stałe żelazne kraty. Jedynym wyjściem były drzwi, które właśnie zamknęliśmy.
A po drugiej stronie drzwi był potwór.
„Umrzemy” – mamrotałem, obejmując kolana. „On wyważy drzwi. Będzie nas powoli zabijał”.
Leo kuśtykał w moją stronę, jego małe stópki były obtarte od biegania boso.
Nie płakał.
Spojrzał na mnie beznamiętnym wzrokiem.
„Poddajesz się?” zapytał chłodno.
„Nie mamy już żadnej broni” – szlochałem. „Parametr jest na dole”.
Leo wziął głęboki oddech i zrobił coś, co mnie oszołomiło.
Uderzył mnie w policzek.
To nie było trudne, ale wystarczyło, żeby wyrwać mnie ze stanu histerii.
„Spójrz na mnie, mamo” – warknął Leo. „Spójrz na mnie”.
Spojrzałem w oczy dziesięcioletniego chłopca, który przez lata nosił w sobie gniew po śmierci matki.
„Ta jęcząca Klara, którą byłaś, musi umrzeć i zniknąć” – powiedział. „Jeśli nadal jesteś tą słabą kobietą, która szuka litości, to obie dziś umrzemy. Tata nie przestanie. Widział moje nogi. Wie, że wiesz. Nie ma już odwrotu”.
Leo wskazał na zabarykadowane drzwi.
„To już nie twój mąż. To obcy człowiek, który chce twoich pieniędzy. To ten mężczyzna, który nazwał cię naiwną idiotką przed swoją kochanką. Pozwolisz mu mieć rację? Pozwolisz mu spalić cię jak śmiecia?”
Jego słowa coś we mnie rozpaliły.
Zimny strach przerodził się w gorący, płonący ogień.
Obraz tych wiadomości błysnął ponownie.
Clara jest naiwna. To łatwowierna idiotka.
Powoli wstałam, ocierając łzy grzbietem dłoni – był to ostatni, brutalny gest.
Podszedłem do dużego lustra na szafie. Zobaczyłem swoje odbicie: potargane włosy, siniak na czole, podarta na ramieniu koszula.
Ale moje oczy—
Moje oczy nie były już łagodne.
Nie byłam sierotą Klarą, rozpaczliwie potrzebującą uczucia.
Nie byłam posłuszną żoną, którą dało się oszukać słodkimi słówkami i fałszywymi obietnicami.
Odwróciłam się twarzą do Leo.
„Masz rację” – powiedziałem. „Stara Clara zginęła z powodu wycieku gazu”.
Podszedłem do małego sejfu ściennego ukrytego za obrazem pejzażowym.
„Leo, pamiętasz kod? Rocznica ślubu twojego ojca z twoją prawdziwą matką?” – zapytałam spokojnym głosem.
Leo skinął głową, zdezorientowany. „Tak. 1508. Dlaczego?”
„Ethan ma sentyment do przeszłości” – powiedziałem, wybierając kombinację. „Chociaż jest zły, nigdy jej nie zmienił, bo jest zbyt leniwy, żeby zapamiętać nową”.
Pip. Pip. Pip. Klik.
Drzwi sejfu otworzyły się.
W środku leżał stary rewolwer, pamiątka po dziadku Ethana, kolekcjonerze antyków, oraz pudełko naboi. Ethan trzymał go na wypadek sytuacji awaryjnych – ale sam zawsze panicznie bał się go użyć.
Podniosłem zimny, ciężki kawałek metalu. Moje ręce były teraz pewne.
„On chce wojny” – mruknąłem, sprawdzając cylinder. „Zafundujemy mu wojnę”.
Ale gdy tylko poczułem iskrę mocy trzymającą tę broń, poczułem coś znajomego.
Dym.
Nie dym papierosowy, lecz spalanie drewna i tkanin.
Leo podbiegł do szczeliny pod drzwiami. Wdzierały się do niej cienkie smużki szarego dymu.
„Mamo” – powiedział Leo napiętym głosem. „On nie wyważy drzwi. On podpali schody”.
Usłyszeliśmy głos Ethana dochodzący z dołu, szalony śmiech przerywany kaszlem.
„Wyjdź albo się usmażysz” – krzyknął. „Twój wybór”.
Fala ciepła zaczęła promieniować przez podłogę.
Byliśmy uwięzieni na drugim piętrze płonącego domu, a przy jedynym wyjściu czekał psychopata.
Spojrzałem na pistolet w mojej ręce, potem na Leo, a następnie na zakratowane okno.
„Leo” – powiedziałem spokojnie – „wyjmij z szafy tę grubą kołdrę. Wymocz ją teraz w łazience”.
„Jaki jest plan, mamo?” zapytał Leo.
Odbezpieczyłem rewolwer i wpatrywałem się w drzwi, które teraz były ciepłe w dotyku.
„Nie spłoniemy” – powiedziałem. „Przejdziemy przez ten ogień. A jeśli on stanie nam na drodze…”
Słowa te zabrzmiały zimno i pewnie.
„Kończę z tym.”
Upał był teraz jedynym słowem, które można było opisać w głównej sypialni. Powietrze nie było już powietrzem; było palącą mgiełką. Grube dębowe drzwi gorętszały z każdą sekundą, co świadczyło o tym, że płomienie zbliżają się coraz bardziej.
Leo wyszedł z łazienki cały przemoczony, ciągnąc za sobą ciężką, nasiąkniętą wodą kołdrę – dwa razy cięższą od niego normalnie – pozostawiając za sobą ślad wody na podłodze.
„Użyj tego” – powiedział skupionym głosem. „Zakryj nos. Nie wdychaj dymu. Trzymaj się nisko. Czystsze powietrze jest przy podłodze”.
Skinąłem głową, mocno ściskając rewolwer. Zimna stal stanowiła jaskrawy kontrast z moją spoconą dłonią.
Nigdy w życiu nie strzelałem z broni.
„Leo” – powiedziałem, zanim ruszyliśmy, klękając do jego poziomu. „Jeśli mi się nie uda – jeśli nie będę w stanie zrobić tego, co trzeba – uciekaj. Nie martw się o mnie”.
Małe, wilgotne dłonie Leo objęły moją twarz.
„Nie zawiedziesz” – powiedział. „Wyobraź sobie jego minę, kiedy nazwał cię głupcem. Wyobraź sobie jego ręce luzujące ten przewód gazowy. Nie naciskasz spustu, żeby zniszczyć. Pociągasz za spust, żeby żyć”.
Wziąłem głęboki oddech, napełniając płuca resztką tlenu, jaka mi pozostała, i skinąłem głową.
Podeszliśmy do drzwi. Odsunęłam toaletkę na bok.
Gdy Leo policzył do trzech, przekręciłem zamek i nacisnąłem klamkę.
Szu …
Gęsty, czarny dym wdarł się do środka niczym coś żywego. Oczy natychmiast mnie zapiekły. Wzrok mi się zamazał. Kaszel podszedł mi do gardła, ale stłumiłem go mokrą tkaniną.
„W dół” – wykrztusił Leo.
Upadliśmy na podłogę i wyszliśmy z pokoju.
Korytarz na drugim piętrze był istnym piekłem. Dywan przy schodach płonął, płomienie lizały tapetę. Wszędzie słychać było trzask łamanego drewna i tłuczonego szkła.
Ale najstraszniejszą rzeczą nie był pożar.
To była cisza dochodząca z dołu.
Ethan już nie krzyczał.
On czekał.
Cierpliwy myśliwy, czekający, aż jego ofiara zostanie wykurzona.
Doczołgaliśmy się do balustrady z widokiem na salon. Pierwsze piętro było zasnute szarym dymem, ale ogień koncentrował się wokół podstawy schodów i kuchni.
Zajrzałem przez balustradę. Serce waliło mi głośniej niż ryk płomieni.
Tam – u podnóża schodów – Ethan stał pośród dymu.
Nie trzymał już łyżki do opon. Teraz, w prawej ręce, trzymał duży nóż rzeźnicki z ekskluzywnego bloku na noże, który dałem mu na urodziny.
Stał zupełnie nieruchomo, wpatrując się w szczyt schodów i czekając na nasze sylwetki.
Kaszlał i pocierał oczy opuchnięte od chili, ale się nie ruszał.
Blokował jedyną drogę wyjścia.
„Jest na dole” – szepnęłam do Leo. „Ma nóż”.
„Nie możemy zejść na dół” – wyszeptał Leo. „Jeśli chybisz, rzuci się na nas, zanim zdążysz zareagować”.
„Dokąd więc pójdziemy?” – wyszeptałam łamiącym się głosem. „Pozostałe okna też są zakratowane”.
Leo rozejrzał się po okolicy. Jego wzrok padł na potężny kryształowy żyrandol wiszący nad holem – tuż za miejscem, w którym stał Ethan. Łańcuch żyrandola był przymocowany do belki w suficie na drugim piętrze, a punkt dostępu znajdował się w małej szafce gospodarczej na korytarzu.
Cichy ruch.
„Mamo” – wyszeptał Leo, a w jego oczach pojawił się ponury błysk – „nie musimy schodzić i z nim walczyć”.
Przełknął ślinę.
„Zrzuciliśmy mu sufit.”
Podążyłem za jego wzrokiem.
Szafa była zaledwie kilka stóp dalej.
Ale był zamknięty.
„Klucz jest na jego breloku” – wyszeptałem.
„Nie, nie jest” – powiedział Leo.
Wyciągnął z kieszeni mały, wygięty kawałek drutu.
„Nauczyłem się otwierać wszystkie zamki w tym domu, kiedy miałem osiem lat.”
Nie czekając na mnie, Leo wpełzł do małej szafy. Dym gęstniał. Płuca paliły mnie. Skierowałem pistolet w dół, nie spuszczając wzroku z Ethana przez balustradę.
Moja ręka drżała, gdy próbowałem utrzymać ostrość widzenia, ale dym sprawił, że wszystko stało się niewyraźne.
Trzask.
Drzwi szafy się otworzyły.
W środku mogliśmy zobaczyć podstawę masywnego żelaznego łańcucha podtrzymującego żyrandol. Był on przymocowany do stalowej śruby dużą nakrętką.
„Nakrętka zardzewiała” – syknął Leo. „Potrzebuję narzędzia”.
Nie było żadnych narzędzi.
Młot był na dole.
Spojrzałem na pistolet, który trzymałem w ręku.
Uchwyt był wykonany z twardego drewna.
„Użyj tego” – wyszeptałem.
Ale Leo pokręcił głową. „Nie. Ty czuwaj. Jeśli mnie zobaczy…”
Nie dokończył zdania.
Leo chwycił małą mosiężną figurkę ze stołu konsolowego i zaczął walić nią w zardzewiałą nakrętkę.
Brzdęk. Brzdęk.
Dźwięk rozbrzmiał echem.
Na dole Ethan spojrzał w górę.
„No, no!” – krzyknął, a jego głos przeciął dym. „Te małe szczury urządzają się na nowo, zanim zdechną”.
„Co tam robisz? Chowasz się w szafie?”
Ethan zaczął wchodzić po schodach.
Jeden krok.
Dwa.
„Leo” – syknęłam, czując panikę, która groziła, że wytrąci mnie z równowagi. „On już idzie”.
„Już prawie” – mruknął Leo, uderzając mocniej.
Brzdęk. Brzdęk.
Ethan przyspieszył. Jego twarz była maską furii i żaru, oczy opuchnięte, usta wykrzywione w coś nie do poznania. Nóż rzeźnicki błyszczał w blasku ognia.
„Tata idzie” – zaśpiewał mdłym, słodkim głosem.
Był już w połowie schodów.
Piętnaście stóp stąd.
Nie miałem wyboru.
Wstałem, zrzuciłem z siebie mokry koc i wycelowałem rewolwer prosto w jego klatkę piersiową.
„Stój, bo strzelam!” krzyknąłem.
Ethan się zatrzymał. Spojrzał na pistolet, a potem się roześmiał – lekceważącym, protekcjonalnym śmiechem, który sprawił, że ścisnęło mnie w żołądku.
„Strzelisz do mnie?” – powiedział, kręcąc głową. „Klara, Klara. Drżysz, trzymając w ręku kuchenny nóż. Myślisz, że masz odwagę?”
Zrobił kolejny krok.
„Daj mi teraz broń. Przestań się wygłupiać.”
Blefował, wykorzystując swoje ostatnie narzędzie.
Manipulacja.
I niech go diabli wezmą – ogarnęła mnie wątpliwość. Moje ręce zaczęły się gwałtownie trząść.
Czy naprawdę mógłbym to zrobić?
„Leo, śpiesz się!” krzyknęłam, nie odwracając wzroku.
„Luźno!” krzyknął Leo.
W tym samym momencie w sali rozległ się głośny trzask.
To nie był strzał.
To był pęknięty stalowy rygiel.
Łańcuch podtrzymujący kryształowy żyrandol poluzował się.
Ethan spojrzał w górę, a jego oczy rozszerzyły się, gdy usłyszał dochodzący z góry grzmot.
Grawitacja przejęła kontrolę.
Ogromny żyrandol runął.
Nie uderzyło bezpośrednio Ethana, bo był już za wysoko na schodach, ale rozbiło się o podstawę schodów, powodując gigantyczną eksplozję szkła.
Rozbić się.
Odłamki kryształu latały wszędzie niczym szrapnel. Uderzenie spowodowało gwałtowny wstrząs w schodach, osłabionych już przez ogień u ich fundamentów.
Konstrukcja nie wytrzymała.
„Co do…” zaczął Ethan.
Pękać.
Huk.
Część schodów, na której stał Ethan, zawaliła się. Zwęglone drewno rozprysło się, zrzucając go w dół, w ognistą otchłań.
Krzyk Ethana ucichł, a jego ciało zniknęło w dymie i płonących szczątkach.
Wpatrywałem się jak sparaliżowany w ziejącą dziurę wyrwaną w schodach. Z niej buchał dym.
„Zrobiliśmy to” – wykrztusiłem.
„Jeszcze nie” – powiedział Leo, chwytając mnie za ramię. „Schody zniknęły. Jesteśmy uwięzieni na drugim piętrze, a ogień rozprzestrzenia się na korytarz.”
Miał rację.
Zawalenie się budynku spowodowało zmianę przepływu powietrza i płomienie zaczęły wydostawać się przez otwór.
Nie mogliśmy zejść w dół.
Nie mogliśmy wrócić.
Byliśmy odizolowani.
Wtedy – z dalekiego końca korytarza, niedaleko tylnego balkonu, o którym nigdy wcześniej nie myśleliśmy – rozległ się odgłos tłuczonego szkła.
Rozbić się.
Głośny, władczy głos przebił się przez ryk.
„Policja! Nie ruszać się!”
Odwróciłam się zaskoczona.
Ulga nie była moim pierwszym uczuciem.
To był strach.
Czy to była prawdziwa pomoc czy kolejna pułapka?
Postać, która wyskoczyła przez roztrzaskane drzwi balkonowe, nie miała na sobie standardowego munduru. Miała na sobie czarną skórzaną kurtkę, maskę na twarzy i trzymał karabin taktyczny wycelowany prosto we mnie.
„Proszę panią, proszę rzucić broń. Natychmiast.”
„Nie strzelaj” – krzyknął Leo, a jego cichy głos brzmiał władczo. „Ona jest ze mną. To wsparcie”.
Prawie upuściłem broń ze szoku.
Mężczyzna lekko opuścił karabin, przeszywając mnie wzrokiem od Leo do mnie. Uniósł rękę, odsłaniając policyjną odznakę na łańcuszku na szyi.
„Proszę pani, Leo wysłał sygnał SOS z lokalizacją w czasie rzeczywistym do naszej jednostki ds. cyberprzestępczości dziesięć minut temu” – powiedział głosem stłumionym przez maskę. „Rzuć broń. Jesteśmy tu, żeby cię stamtąd wydostać”.
Kolana się pode mną ugięły. Ulga zalała mnie tak mocno, że o mało nie straciłem przytomności. Stary rewolwer wypadł mi z ręki i z hukiem upadł na rozgrzane deski podłogi.
„Tędy. Teraz” – rozkazał oficer. „Sufit zaraz się zawali”.
Złapał Leo, podnosząc go jedną ręką i pociągając mnie za sobą drugą.
Wyskoczyliśmy na szeroki balkon z tyłu. Zimne nocne powietrze uderzyło mnie w twarz niczym błogosławieństwo po piekle panującym w środku. Pod nami podwórko jarzyło się morzem migających czerwieni i błękitu.
Wozy strażackie. Samochody policyjne. Karetki pogotowia.
Wycie syren mieszało się z rykiem płomieni.
„Zejdźcie po drabinie ewakuacyjnej” – rozkazał funkcjonariusz, wskazując na składaną drabinę, którą straż pożarna już przygotowała.
Ostatkiem sił zszedłem po metalowych szczeblach. Nogi mi się trzęsły, ale instynkt kazał mi iść dalej. W chwili, gdy moje stopy dotknęły chłodnej, wilgotnej trawy, podbiegli ratownicy medyczni, owijając mnie i Leo pomarańczowymi kocami termicznymi.
„Czy jest pani ranna?” zapytała pielęgniarka, sprawdzając siniak na moim czole.
Pokręciłem głową, wpatrując się w fasadę mojego płonącego domu.
Mój wymarzony dom – moje więzienie – strawił ogień.
Tłum sąsiadów zebrał się za żółtą taśmą. Ich twarze wyrażają mieszaninę szoku i przerażenia.
„To pani Miller. Jest bezpieczna.”
„O mój Boże, co za ogień.”
„Gdzie jest jej mąż? Gdzie jest pan Miller?”
Odpowiedź na to pytanie została udzielona w najbardziej przerażający sposób, jaki był możliwy.
Z dymu unoszącego się za drzwiami wejściowymi wyłoniła się jakaś postać. Najpierw czołgała się, potem zmusiła się do wstania, ciągnąc za sobą jedną nogę.
Ethan.
Jego drogie ubrania były zniszczone, oblepiały je spalenizną. Przystojna twarz, z której był tak dumny, była teraz spalona i powykręcana przez żar i sadzę, niemal nie do poznania w błyskających światłach.
Wyglądał jak coś wyrwanego z koszmaru.
A w dłoni wciąż ściskał nóż rzeźnicki — pokryty sadzą.
„Klara!” krzyknął.
Nie ból.
Wściekłość.
Zobaczył mnie przy karetce. Ogarnęło go coś dzikiego. Rzucił się w moją stronę, ignorując chaos i krzyki policjantów.
„Stój! Rzuć broń!” – krzyknęło chórem kilkanaście głosów, wycelowanych w niego.
Ethanowi było to obojętne.
Jego opuchnięte oczy wpatrywały się we mnie.
Następny
